Recenzje filmowe, artykuły na kontrowersyjne tematy, rozmyślania, kącik z poezją i parapet z kotem… Każdy znajdzie coś dla siebie.
sobota Grudzień 16th 2017
Wszystkie obrazki i fotografie (prócz zdjęć Prywatnego Kota) pochodzą z sieci. Jeśli nie jest zaznaczone inaczej, w recenzjach filmowych znajdują się plakaty z portalu Filmweb. SKRZYNIA SKARBÓW jest miejscem, w które znoszę notki z 3 tematycznych blogów na Onecie (na których już nie planuję nic publikować). Witam wszystkich, aczkolwiek pragnę zaznaczyć, że tutaj ja ustalam zasady. Ci, którzy trafili na mój blog z onetowej polecanki, są przypadkowymi gośćmi, którzy - jak w cudzym domu - mają obowiązek zachować kulturę. W przeciwnym razie dostosuję się do ich poziomu. Macie prawo się wypowiedzieć, inna sprawa, że anonimowy komentarz nie jest czymś, z czym muszę się liczyć. Wszelkie chamstwo będzie tępione, nieumiejętność czytania ze zrozumieniem = zgoda na bycie w najlepszym wypadku zignorowanym. Nie jestem cierpliwa ani łagodna, nie lubię głupich i bezczelnych ludzi - taka moja uroda i za to mnie kochają :)

Treści własne

Archiwa

Czy to jest miłość, czy to jest kochanie…

„Mimo, że erotyka nie stanowi dla ciebie celu samego w sobie, dziś możesz mocno się zadurzyć w kimś bardzo pociągającym, ale jednocześnie często zmieniającym obiekt swojego pożądania.”

Do napisania tej notki natchnęła mnie tak durna rzecz jak horoskop. Horoskop zamieszczany na stronie dla tzw. singli, a praktycznie zawsze dotyczący jakichś problemów w związku. Cóż, ktoś widać prezentuje bardzo ograniczoną wyobraźnię.

Ale nie w tym rzecz. Pomyślałam o tym jak to już któryś raz z kolei przewija się temat miłości, zauroczenia, zadurzenia i innych określeń na uczucie, które dla jednym jest tym samym, ale o różnych odcieniach, a dla innych jest paroma odrębnymi. Całkiem niedawno odbyłam poważną dyskusję, będącą prawie sprzeczką, bo mojemu rozmówcy nie pasowało, jak to ujął, moje wyrachowane wyliczanie czasu – kiedy już owo uczucie mogę nazwać miłością, a kiedy jest na to za wcześnie. Dlaczego bronię kobietom miłości po trzech miesiącach, kiedy może one rzeczywiście po takim czasie już płoną z tejże miłości? A kto mówi, że bronię? Płonąć mogą, a pewnie, tyle, że dla mnie akurat nie z miłości.

Cały problem w nazewnictwie. Dla mnie miłość to bardzo poważne uczucie, wymagające czasu i znajomości drugiej osoby. Nie kwestionuję walnięcia w kogoś pioruna i zatrzymania się świata, kiedy ów ujrzy nową ukochaną (wielokroć opisywana miłość od pierwszego wejrzenia), zauroczenia się przepięknymi oczętami, głębokim głosem czy ciekawą osobowością wybranka. Tyle, że dla mnie to nie miłość, a właśnie zauroczenie, chemia, fascynacja. Bo ta w/w miłość rodzi się z czegoś, kiełkuje na dobrym podłożu jak mała i krucha roślinka. I, tak samo jak z roślinką, nie da się przyspieszyć jej wzrostu żadnym naświetlaniem czy innymi sterydami, bo albo dostanie się w efekcie przerośniętego, sztucznego potwora albo całość się spali i tyle z tego będzie. Żeby powiedzieć, że kocham, muszę wiedzieć, że kocham. A kocha się za coś. Nie za śliczne oczka, postawioną kolację czy kino, albo za to, że tak słodko się uśmiecha. I stąd to moje „wyrachowane odliczanie” – po tych np. trzech miesiącach trudno powiedzieć, że kogoś się naprawdę zna. To jedynie kilka randek, parę słodkich kwiatuszków, buziaków i przytulanek, pasjonujących rozmów przy stoliku ze świeczką. Wszystko jest takie cudowne, bo on się stara, ona się stara, związek kwitnie, ćwierkają ptaszki, a w radiu (to przeznaczenie!) lecą piosenki o miłości. Cały czas świeci słońce i nawet nie ma się o co pokłócić.

W dzisiejszym świecie słowo „kocham” rozwleczono jak starą szmatę, niedawno usłyszałam: „Przecież to tylko słowa”. Pomyślałam sobie wtedy: „Więc twoje „kocham” nic nie znaczy?” i przemilczałam to, co przyszło mi do głowy. Że współczuję jego dziewczynie, bo dostanie taką właśnie rozwleczoną szmatę, do której jej ukochany nie przywiąże najmniejszego znaczenia. Bo przecież to tylko słowa…

Ale dla mnie „kocham” to słowo bardzo ważne. Tak jak zresztą sama miłość. To nie tylko zauroczenie, chemia, fascynacja. To znajomość drugiego człowieka, zaufanie, poczucie bezpieczeństwa, świadomość, że mogę dokończyć jego zdanie, a on moje – i to nie jest bynajmniej nudne. Kiedy sięgnę ręką po jego dłoń, wyciągnie ją do mnie, nawet nie patrząc. Odruchowo.

Dlatego taki horoskop może mnie jedynie śmieszyć. Bo nie zadurzę się w kimś, kogo nie znam. W kimś, kogo nie szanuję ani trochę. I nie ma tu miejsca na żadne „mimo, że”. Na zauroczenie nie mamy wpływu, może nas pociągać ktoś, kogo nie cierpimy. Ale na miłość mamy, bo to składowa wielu czynników – i nie ma co tak się zasłaniać zaślepieniem.

Komentuj