Recenzje filmowe, artykuły na kontrowersyjne tematy, rozmyślania, kącik z poezją i parapet z kotem… Każdy znajdzie coś dla siebie.
sobota Grudzień 16th 2017
Wszystkie obrazki i fotografie (prócz zdjęć Prywatnego Kota) pochodzą z sieci. Jeśli nie jest zaznaczone inaczej, w recenzjach filmowych znajdują się plakaty z portalu Filmweb. SKRZYNIA SKARBÓW jest miejscem, w które znoszę notki z 3 tematycznych blogów na Onecie (na których już nie planuję nic publikować). Witam wszystkich, aczkolwiek pragnę zaznaczyć, że tutaj ja ustalam zasady. Ci, którzy trafili na mój blog z onetowej polecanki, są przypadkowymi gośćmi, którzy - jak w cudzym domu - mają obowiązek zachować kulturę. W przeciwnym razie dostosuję się do ich poziomu. Macie prawo się wypowiedzieć, inna sprawa, że anonimowy komentarz nie jest czymś, z czym muszę się liczyć. Wszelkie chamstwo będzie tępione, nieumiejętność czytania ze zrozumieniem = zgoda na bycie w najlepszym wypadku zignorowanym. Nie jestem cierpliwa ani łagodna, nie lubię głupich i bezczelnych ludzi - taka moja uroda i za to mnie kochają :)

Treści własne

Archiwa

Ja, Polak – niekatolik

 

O ile dobrze myślę, katolik to członek KK, wierzący w nauki chrystusowe. Jego zachowanie cechuje to, co charakteryzowało Mistrza i Nauczyciela: brak pychy i buty, pokora, miłość do bliźniego. To wierny nie żywiący nienawiści do nikogo, pomagający w potrzebie każdej żywej istocie. Dobry człowiek, do rany przyłóż, nie znana jest mu agresja i zawiść. Hm…

Czegoś tu zatem nie rozumiem. Jeśli ktoś nazywa siebie katolikiem, zna zasady obowiązujące w Kościele, czemu ich nie przestrzega? Znam multum ludzi, którzy obok katolicyzmu nawet nie stali, ale za wytknięcie im tego gotowi są rzucić się rozmówcy do gardła, pokazując tym samym cały ogrom swojej hipokryzji.

Może i przykład mało poważny, ale analogię dostrzegam wyraźną. Jeśli ktoś chce zapisać się do klubu wegetarian, innymi słowy chce zostać wegetarianinem, powinien zrezygnować z mięsa, zacząć żyć zdrowo i w zgodzie z ekologią. Nie rozumiem więc czemu ktoś miałby takim wegetarianinem zostać, będąc dalej zapalonym miłośnikiem wszelakiego mięsiwa. To się przecież wyraźnie ze sobą kłóci!

A w przypadku znanych mi katolików dostrzegam upodobanie do wybierania sobie tego co pasuje przy jednoczesnym odrzucaniu niewygodnych i niepasujących elementów. I powstaje kategoria „Jestem katolikiem, ale…” Jestem katolikiem, ale będę uprawiał seks przed- czy pozamałżeński, bo tak mi się podoba/nie jestem z kamienia/kumpele będą się ze mnie śmiały/kto dzisiaj ceni cnotki? Jestem katolikiem, ale nie wierzę w dziewictwo Maryi, no bo daj spokój! Jestem katolikiem, ale piję, palę i stosuję inne używki, bo taki mam kaprys i cenię sobie lans. Jestem katolikiem, ale uznaję aborcję i antykoncepcję i księża mogą mi naskoczyć na pompon. Jestem katolikiem, ale zabiję cię, gnoju, jeśli wejdziesz mi w drogę, zapluta mendo!

Nie znam wyznawców innej religii, którzy by tak dopasowywali wiarę do swoich potrzeb i zachcianek, którzy ucinaliby ją i formowali jak materiał na sukienkę. To mi nie pasuje, to wyjazd! A w to nawet mogę wierzyć. Ale robić to i tak będę to co mi się podoba.

To właśnie katolicy – a przynajmniej uważający się za nich – najbardziej zażarcie walczą na forach, poniżając i atakując każdego, kto ma inne zdanie i próbuje dyskutować. Gdyby to dosadnie i obrazowo pokazać, wyglądałoby to mniej więcej tak: „wyznaję wiarę miłości i szacunku do bliźniego, będę bronić czci i honoru mojego Kościoła. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, zniszczę cię, ty wszarzu, kociarzu, ty szmato! Nie wierzysz tak mocno i prawdziwie jak ja w miłosiernego i kochającego Boga, tak ci dojebię, gnoju zafajdany, jak cię znajdę, to tak ci nakopię do tej śmierdzącej bluźnierskiej dupy, że cię rodzona nie pozna!”

Dla mnie to niepojęte. Albo jestem katolikiem i przestrzegam zasad, które ustalił ktoś ważniejszy ode mnie, albo je kwestionuję i katolikiem nie jestem. Nie można być katolikiem trochę, ciutkę, kapkę, nie do końca. Albo tak, albo nie. To chyba proste. A wiele osób myli bycie w/w katolikiem z wiarą w Boga. Stąd właśnie bierze się większość niedomówień i błędnych podziałów.

Wierzę w Boga. Mam swoje zasady i trzymam się ich. Uważam, że nauki Chrystusowe to zbiór uniwersalnych prawd, których może (i powinien) przestrzegać każdy myślący człowiek, uważający się za dobrą istotę. I nie musi wcale przyklejać sobie etykietki: katolik, prawosławny, buddysta itp. Równie dobrze może być ateistą, mimo że ograniczeni odmawiają ateistom praw do bycia porządnymi ludźmi, uważając że brak wiary w Boga = brak zasad. Sodoma, rozpusta i chęć czynienia zła.

Wierzę w Boga, ale NIE UWAŻAM SIĘ ZA KATOLIKA. Nie odmawiam paciorka. Nie chodzę na mszę, nie daję na tacę, nie spowiadam się. Palę, czasem piję, od kilku lat żyję w związku i grzeszę cieleśnie z osobą, którą kocham i chcę iść przez życie. Zabezpieczam się, bo nie chcemy dzieci. Popieram aborcję – prawo kobiet do decydowania o własnym ciele. Nie mam nic przeciwko in vitro. Nie wierzę w piekło i niebo, Sąd Ostateczny, nie wierzę w dziewictwo Matki Boskiej, w zmartwychwstanie. Idea przebłagania samego siebie śmiercią własnego syna mnie nie przekonuje. Tyle rzeczy mi się nie podoba w katolickiej wierze, tyle przemyślałam sama i doszłam do takich wniosków, że okazało się, iż mało co zostało. I co, mam uważać się za katolika? Niby czemu? Znajomy powiedział mi ostatnio, że od w/w katolików odróżnia mnie jedynie to, że oni uważają się za nich, a ja nie. I ja i oni żyjemy podobnie – z dala od zakazów kościelnych.

Nie wystarczy uiszczać opłatę abonamentową, żeby należeć do jakiegoś klubu. Nie wystarczy co tydzień usadowić się w kościele i dać dychę na tacę, żeby być katolikiem. Przykro mi, to tak nie działa.

Komentarze czytelników

4 komentarzy do “Ja, Polak – niekatolik”

  1. ~Anna Siemomysła pisze:

    Chyba cały problem polega na tym, że chrześcijaństwo to religia jak judaizm, jak wiara w Allacha, czy buddyzm (choć buddyści, chyba nie mówią o religii, a o nauce/filozofii). Katolicyzm to ludzka otoczka dodana do religii. Tak to odbieram. Mam problem z wieloma katolickimi ustaleniami, lecz jednocześnie czuję, że potrzebuję uczestniczyć w mszy świętej. Jestem chyba takim właśnie katolikiem, który wybiera, co mu pasuje. Lecz za to chyba należę do mniejszości świeckich katolików, którzy mają za sobą lekturę sporego kawałka Biblii i zamiar przeczytania całości.

    • ~Ken.G pisze:

      Obiecuję to sobie od wielu lat i ciągle jeszcze nie przeczytałam.

      Z tym, że mi się to nieco zmieniło w oczach po zajęciach z gramatyki scs, kiedy to uczyliśmy się na błędach kopistów. I cały czas wiedziałam, że to CHYBA się tak wymawiało (no bo skoro pomylili się przy pisaniu, to PEWNIE tak mówili). Skoro błędy są w przekładach kilkusetletnich dzieł, to co dopiero mówić o książce, która ma około 2 tysiące lat? Niektóre słowa miały inny sens niż dziś (choćby ów nieszczęsny „brat”, który kiedyś podobno oznaczał również „przyjaciela”), w trakcie kolejnego tłumaczenia czy przepisywania sporo rzeczy mogło ulec zmianom. I ktoś mógł chcieć coś leciutko skrócić, wyciąć bądź dopisać inaczej.

      Jestem sceptyczna i sądzę, że już nie będzie nam dane poznać starego sensu „świętej księgi”. Dlatego już mnie tak strasznie nie ciągnie do przeczytania Biblii w przekładzie sprzed lat 30. z haczykiem.

      Pozdrawiam!

      • ~Anna Siemomysła pisze:

        Tak – błędy, czy po prostu różnice w interpretacji widać nawet pomiędzy wydaniami.
        Tak naprawdę, nigdy niczego nie możemy być pewni – książki historyczne? Skąd wiadomo, że zapisano w nich prawdę? A nie to co chcieli w nich zapisać ówcześni władcy? a może po prostu, ci którzy pisali, inaczej widzieli pewne sprawy? inaczej interpretowali opisywaną rzeczywistość? A jakiekolwiek tłumaczenia? Nawet współczesnych książek? Nie da się tłumaczyć choćby z angielskiego dosłownie, gdyż po polsku wychodzi z tego coś ciężkostrawnego (widać choćby w rozlicznych amatorskich tłumaczeniach filmów). A jeśli tłumacz stara się po prostu przekazać sens, to często jest to taki sens jaki on odkrył w danej książce.
        Nie zniechęcam się zatem. Czytam rozliczne dopiski, wyjaśnienia, komentarze obecne w Biblii Tysiąclecia, bo akurat tę wersję posiadam. Tyle mogę.

        :)

        • ~Ken.G pisze:

          Kiedyś przeszło mi przez głowę, że może w przyszłości zabiorę się za studiowanie hebrajskiego, żeby móc sięgnąć głębiej, a nie bazować tylko na przekładach. Potem pomyślałam, że jak coś, to praktyczniej będzie, jeśli przypomnę sobie ukraiński i nie wyjdę z wprawy z ang. czy ros. Po co zabierać się za hebrajski – zwłaszcza, że przecież tak uczyłabym się późniejszego niż starohebrajski czy inny, którym były pisane te księgi. I na myśleniu się skończyło :) Zapał pięciominutowy :)

          Życzę Ci miłej majówki i długiego weekendu!

Komentuj